Diagnoza dobrego smaku


Trwałam w miejscu nieokreślonym, wyciągniętym poza nawias rzeczywistości. Ktoś z zewnątrz powiedziałby - dziwnym i niezrozumiałym, ale wtajemniczeni mieli swoje zasady i widzieli w nich sens. Zresztą, nieważne co by się działo, ile huraganów by tędy przeszło, nie potrafiliby stąd odejść. Wymagałoby to naprawdę silnego samozaparcia przeradzającego się nawet w akt desperacji. Bo widzicie, miejsce to nieoficjalnie uchodziło za alternatywny świat dla alter ego tych, co po przytłoczeniu realnością pragną dać upust myślom w sposób anonimowy. Kuszące? Owszem.

Kiedy pierwszy raz przychodzi się do TEGO miejsca, dostaje się maskę i pseudonim. Nikt tu sobie nie mówi po imieniu, w końcu nie jest się tu osobą, którą jest się na co dzień. "Stwórz siebie od podstaw." Kuszące? Och, jak najbardziej.

Pamiętam mój pierwszy raz. Weszłam do środka i zobaczyłam szarą masę w maskach. Oczywiście byłam załamana, spodziewałam się czegoś więcej, dlatego zabawiłam się kosztem ich ściśniętych tyłków. Przechadzałam się między nimi i przyglądałam ich identyfikatorom. Parskałam za każdym razem, gdy zobaczyłam kolejny pseudo-inteligenty, pseudo-tajemniczy czy pseudo-poetycki pseudonim. Oczywiście postanowiłam dać im szansę i poznać strukturę tego miejsca. Poszłam dalej.

Na środku jednego ciasnego pomieszczenia stała duża scena. Zazwyczaj upychały się na niej osoby, które krzyczały w przestrzeń błagania o atencję. Jak niezauważani i zrozpaczeni musieli być ci ludzie? Nie wiem. Ale dziwiłam się, że od tego wrzasku nie zdarli sobie jeszcze gardeł, albo raczej, że nie poderżnęli sobie ich nawzajem. Oczywiście, czasem schodzili na dół i siadali wśród publiczności, by sądzić lub oceniać. Po co? Nie mam pojęcia.

Ale pamiętam, że raz na scenę wyszło trzech artystów. Bardzo mnie to zaciekawiło, rozumiecie. W końcu coś nowego, koniec z błazenadą.

Pierwszy z nich "Uciekinier" wystąpił przed szereg i z przejęciem zaczął recytować swoją własną wersję "Skowytu". Mówił wolno i poprawnie, z poruszającym brzmieniem beznadziei. Zaciskał powieki, gdy wykrztuszał z siebie ostatnie słowa poematu, po czym wziął kilka głębokich wdechów, zrzucając z siebie jakiś nieznany nikomu ciężar. Coś skruszyło się we mnie na moment i pomyślałam nawet, że rany, ten wieczór może być dobry. Z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych artystów i kiedy Uciekinier zszedł ze sceny, nie doczekując się oklasków ze strony znudzonej publiki, do mikrofonu podszedł "Akordeon".

Akordeon miał maskę w kształcie lakieru do paznokci. Poprawiał ją co jakiś czas, podskakiwał w miejscu, aż w końcu rzucił się na podłogę i zaczął na niej trząść, jakby dostał ataku padaczki. Na początku wszyscy się zerwali, by sprawdzić, czy nic mu nie jest, ale ten podniósł się szybko i zaczął agresywnie tańczyć, wymachując rękami ponad głową. "Narkoman" pomyślałam. Dopiero później przypomniałam sobie, że w tym miejscu narkotyki nie istnieją, a on po prostu taki jest.

- Powiem wam jedną rzecz - powiedział zdyszany, kiedy złapał mikrofon w roztrzęsione dłonie. - Jesteście wszyscy, kurwa, zdrowo pierdolnięci. Płytkie dupki - syknął obruszony. - Ale to nie o to tu chodzi, opowiem wam o mojej sztuce.

Poprawiłam się na miejscu, bo nagle zrobiło mi się niewygodnie. Kilka osób z widowni rzuciło w jego stronę kilka nieprzychylnych komentarzy, ale oni zawsze tacy byli, więc się nawet tym nie przejął.

- Kocham pachy. Pachy są sztuką. Nie widzicie tego? - Rozerwał swoją koszulkę i podniósł rękę do góry, by pokazać wszystkim swoją pachę. Wodził po niej zalotnie palcem. - Spójrzcie na te delikatne linie, te wdzięczne, subtelne rysy. Boże. Pachy to metafora człowieka zranionego. Zrozumcie, delikatna pacha obsypana przystrzyżonymi włoskami przebijającymi się przez ciało niczym kolce róży. Człowiek czeka, aż pojawi się ktoś, kto je zetnie i nawilży podrażnioną skórę; kto go uratuje, pokocha z wszystkimi jego niedoskonałościami.

W tym momencie nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem, oczywiście z czystej sympatii. Wbrew pozorom był to naprawdę ciekawy występ, nieprzewidywalny, o. Nie mogłam się tego spodziewać.

Od trzeciego artysty wymagałam naprawdę wiele. "Deprecjacja" wszedł na scenę jakoś dziwnie przygnębiony. W kąciku oka zakręciła mu się skroplona gorycz, a on sam wyglądał, jakby ktoś miał go zaraz uderzyć. Oparł się o mikrofon i opuścił głowę, by szepnąć:

- Kocham cię.

Wzdrygnęła
m się, gdy publiczność gwałtownie zawiwatowała, ryknęła zadowolonym wrzaskiem. Obdarowała ciągle rozżalonego Deprecjację owacjami na stojąco. "Bis" wołali. "Bis."

- Boże, czuję się jakby właśnie mnie przeczytał - powiedział ktoś. - Prawdziwy geniusz, talent. - Jego towarzysz wzruszył się tak mocno, że aż musiał sięgnąć po chusteczki. 


Artysta trzeci uspokoił publikę gestem dłoni i uznał, że ma jeszcze jedno wielkie dzieło. Wyczekiwałam go z niecierpliwością. Myślałam, że to wcześniejsze było zwykłym żartem. Taką miałam nadzieję. Cha. Nadzieja.

- Tęsknię za tobą - jęknął żałośnie, a widownia rzuciła mu się do stóp.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 invisible. , Blogger