Wazon liści


23 wrzesień
Lament i zaduch, płacz pokrzywdzonych dziewic, smród, bród i pył. Wydmuchane ciała, gnijąca moralność, gdzieś tam w mroku dopełnia się kolejna ofiara rżnięta przez rzeczywistość. W oczach grzech, w płucach krzyk, na ustach modlitwa parzy ogniem siedmiu kręgów. Coś poszło nie tak na drodze ewolucji. Dziwne bestie chodzą po ulicach, szczekają jak opętane i srają gdzie popadnie. Spierdolony świat. 

20 październik
Szlajałam się po mieście jak bezpański pies. Mgła cisnęła się w każdy martwy grzechem zaułek, jakby dając światu drugą szansę na odrodzenie. Obróciła rzeczywistość w pustą białą kartkę, kazała się pokolorować, zapisać dobrym słowem, zanim na wieczność spali ją Słońce. Obiecałam, że będę o niej pamiętać, a ona rozumiejąc niebezpośrednie proroctwo, zapłakała. W goryczy dopuściła się mroku, zrodziła strach spłodzony ostrzeżeniem. "Jeśli chcecie zła, nakarmię was" mówiła. "Jeśli chcecie dobra, buntujcie się przeciwko sobie samym." Każdego przechodnia przekształciła w potencjalnego Pana Kubę, czułam, że gdzieś nad nami zawisła Śmierć. Ukryłam się więc w kącie paradoksalnie najciemniejszym, w pustych wiekowych fundamentach na pierwszym piętrze piekła.

5 listopad
I się modli szkarłatną krwią. Wargi drżą. Koszmary śpią. Odetchnie trochę i znowu potrzeba. Pożre dawcę nieba. Miłości zaprzeda. 
Wdech, wydech.
Chaos w głowie, tyle chaosu, chaos w chaosie chaosowego chaosu.
Więcej, więcej. Rozdarty paradoksem, kontrastem, sprzecznością. Tu biały, tu czarny. Za chwilę przebłysk błękitu i znowu zielony. Niejednoznaczny. Mój nietypowy, wyjątkowy, sam jeden, unikat. Niezrozumiany, usunięty w kąt, wypchnięty w czeluść, haha, nie, wysoko, wysoko odrzucony jak rakieta, kometa, przecina moje myśli i pali niczym papier. Och, uwierzcie, tego typu człowiekiem był. Szalonym. Zwariowanym. Podstawiłby Wam wszystkim dupę pod nos do obwąchania słodkiego zapachu piwonii o poranku. Uroczy a piekielny, bo ciągle, nieustannie, bez chwili wytchnienia się modli szkarłatną krwią, a koszmary drżą i wargi ciągle śpią.

21 listopad
Jakby to powiedzieć... coś się rozlało, rozsypało, potłukło, rozszczepiło milionem świateł i uciekło, zaginęło w brzozowym gaju, gdzie gubiliśmy się w mgliste prawie-dnie. Zorze przenikały rosę, skropliły glebę rześkim zapachem, a Ty jak część tego dzikiego biegu tańczyłaś między drzewami z Białą Panną w objęciach. Włosy falowały Ci na wietrze, szukały własnej drogi do szczęścia, kwiatów niesionych powiewem. Łapałaś chwilę w swoje drobne dłonie jak motyle, motyle nocne. I już złapałaś, zatrzymałaś coś, co przypominało Ci życie. Sprawdzasz. Raz, dwa, trzy, podnosisz głowę. Spoglądasz w bok, w górę, chowasz łzy do duszy, odwracasz się, kręcisz głową. Znam tę reakcję zbyt doskonale. To znowu tylko świetlik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 invisible. , Blogger