Testament Dojrzewania
Testament Dojrzewania
(Bo Lata odchodzą, bo może miały coś do powiedzenia, bo nie dostały ostatniego słowa. A to smutne.
Czas umiera w ciszy.)
Pisałam o Dwudziestu Dwóch niesionych bryzą za horyzont, pożegnanych wychylającym zza fal ostatnim uśmiechem Słońca. Pogrzebałam w piasku stopy, frustrację i cierpienia. Coś we mnie przeciekało prosto do morza, spieniało się u moich stóp wraz z wodnymi westchnieniami.
Przypomniałam sobie wtedy lekcję biologii o dyfuzji - o przemieszczaniu się cząsteczek z miejsca, w którym jest ich dużo do miejsca, w którym jest ich mniej w celu wyrównania stężeń. Świat jest tak dziwnie skonstruowany, że sam dąży do równowagi, a moje łzy ewidentnie coś ciągnęło do morza. Miałam teorię, że nasze wielkie ziemskie wody powstały ze smutku milionów pokoleń; że na świecie pojawiła się tak wielka tragedia, że każde stworzenie pogrążyło się w żałobie i płakało, dopóki nie powstały oceany. "Żywioł smutku" - spodobało mi się to określenie, choć wiedziałam, że moja teoria jest głupia.
Zatem Dwadzieścia Dwa było "Żywiołem Smutku". Dwadzieścia Trzy - asymetryczną formalnością, przyjemną na tyle, na ile mogą być przyjemne liczby nieparzyste. Pocieszające jest to, że harmonia nie jest zbytnio przełomowa. Potrzebujemy kryzysów do zmian.
Dwadzieścia Cztery z kolei było jak lepki zapach bzu wdzierający się przez uchylone okno, jak nisko splecione ptasie gniazdo, jak otulenie się nowym kocem. Było początkiem, podzielnością przez dwa, symetrią, harmonią, spokojem, ciepłem, wiosną, wiatrem, śmiechem, wzruszeniem, prawdziwością, trochę też lękiem, ale i wdzięcznością. Coś mnie dotknęło. Wymieszało wszystkie trzewia, wszystkie myśli i poukładało je tak, żeby jako-tako działały. Tak, żeby mnie już klątwy z przeszłości nie drapały jak metki na ubraniach.
W końcu wiem, gdzie bezpiecznie zakwitnąć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz